[ Pobierz całość w formacie PDF ]

odpadły mi redakcyjne bieżączki. Przede wszystkim, odwołała swoje posiedzenie krajówka
 Solidarności . Zamiast jej nowych decyzji, musiałem komentować spekulacje, dlaczego nie
doszło do posiedzenia, bo oczywiście oficjalnej wersji  problemy zdrowotne
przewodniczącego i kilku szefów regionów  nikt nie traktował poważnie. Musiało to być
jakoś związane z wewnętrzną walką w związku przed zjazdem, ale jak i o co właściwie
chodziło, nikt nie miał pojęcia, więc na wystukanie komentarza starczyło mi pół godziny. A
sprawa szefa  pabianickiej ośmiornicy (domniemanego szefa, oczywiście, cała Polska
wiedziała, że to ten, ale w gazecie musi człowiek udawać idiotę, bo jeszcze go gangster poda
do sądu i wygra) nie podpadała pod mój dział. Szkoda zresztą; gdybym chwilę nad nią
pomyślał, wcześniej bym pojął, na jaką skalę rozkręca się nowy biznes.
Pasztetowa z całą swoją  ośmiornicą był zasadniczo poza zasięgiem prawa. W porę
zakończył pionierski etap działalności  czy, jak to ujmują podręczniki, okres pierwotnej
akumulacji kapitału  wyrzucił spluwę, łom oraz inne bandyckie narzędzia do rzeki i zamiast
napadać na TIR-y, włamywać się, porywać dla okupu czy wymuszać haracze, zainwestował
w zatrudnianie młodych, ambitnych księgowych i finansistów. Zakładał w całym kraju
legalnie działające firmy, sprzedające sobie nawzajem własne zobowiązania płatnicze i
podatkowe, a nierzadko oferujące także uprawniające do oddłużeń transakcje, z obopólnym
zyskiem, dużym firmom państwowym. I na końcu całego łańcucha oczywiście kasował zwrot
VAT-u. Dowcip polegał na tym, że działał całkowicie legalnie, wykorzystując dziury w
prawie. Idę zresztą o zakład, że większość tych dziur sam wyborował, kupując albo
podpuszczając posłów, żeby je na komisji wpisali jako poprawki. Udowodnić nic oczywiście
nie można, a używani do tego posłowie zazwyczaj wierzą, że ich poprawki służą walce z
obcym kapitałem albo zabezpieczaniu interesów ludu pracującego. Skąd taki poseł, głąb po
zawodówce rolniczej albo wieczorowym kursie marksizmu-leninizmu, ma wiedzieć, że
wprowadzając w najlepszych intencjach do przepisów jakieś niezdefiniowane prawnie
sformułowanie, paraliżuje skutecznie całą ustawę i odwraca do góry nogami starania
prawników, którzy ją pisali? A raz wrzuconego do ustawy szczura już się z niej nie
wyciągnie, bo inni posłowie nie są mądrzejsi od tego pierwszego. Nawet gdyby byli, żaden
nie ma głowy do czytania całych ton papierzysk, zwłaszcza że odrywałoby go to od
smakowania uroków poselskiego życia.
W każdym razie Pasztetówie (bardzo nie lubił tej ksywy przypominającej o początkach
jego działalności) można było skoczyć  kiedy w końcu o  ośmiornicy zaczęło się pisać i
mówić w telewizji, ustawy pozmieniano, ale tego, co już nakradł, mógłby używać w spokoju
do póznej starości, gdyby właśnie w tych dniach w tajemniczy sposób nie wyniósł się ze
świata podczas wystawnej kolacji w należącej do niego drogiej knajpie pod Gdańskiem.
Oficjalnie śmierć miała przyczyny najzupełniej naturalne  zadławienie. Tylko, że 
zdaniem wykonującego sekcję zwłok lekarza nie było do tego żadnej przyczyny. Denatowi
nic nie utkwiło w przełyku, nic nie zawadzało drożności dróg oddechowych  wyglądało to
tak, jakby ktoś po prostu przytrzymał mu kęs w ustach tak długo, aż się przekręcił. Ale
musiałaby to zrobić Niewidzialna Ręka, bo facet udusił się pośrodku licznego towarzystwa 
albo też wszyscy obecni byli uczestnikami spisku, mającego za podłoże zadawnione
gangsterskie porachunki, co zresztą część prasy sugerowała.
Nikt nie wpadł na pomysł, by sformułować tego niusa najprościej: domniemany oszust,
znany jako Pasztetowa, po prostu udławił się tym, co ukradł, tak jak tego zazwyczaj życzymy
w gniewie swym bezkarnym krzywdzicielom.
Ale tego dnia, jak wspominałem, na sprawę Pasztetowy jakoś nie zwróciłem uwagi.
Poddałem się atmosferze lenistwa, która zapanowała w redakcji na okoliczność odwołania
kilku oficjałek. W ogóle liczba odwołanych konferencji prasowych i innych politycznych
 wydarzeń rosła w ostatnim czasie z dnia na dzień. Przy komputerach działu politycznego
zrobiło się luzniej niż zwykle i tknięty nagłą myślą postanowiłem skorzystać z tej okazji, żeby
coś sprawdzić.
Ten błogi bezruch dotyczył jednak tylko mojego działu. W miejskim urywały się telefony
ze skargami na zaburzenia w pracy przychodni i różnych urzędów, głównie skarbowych, a
Bulba, przydzielony ostatnio do kryminałków, biegał po redakcji jak kot z pęcherzem.
Oderwał mnie na chwilę pytaniem, czy nie mam kogoś zaufanego w pogotowiu, bo do nikogo
ze swoich nie może się dziś dodzwonić. Zapisując komórkę do Zbyszka, opowiedział mi
pokrótce  ekstra, kurde, story , którą właśnie wpalcowywał z przejęciem do wydania: trzej
dresiarze, którzy w Parku Skaryszewskim skroili wracającego ze szkoły małolata, ledwie
parędziesiąt kroków dalej w nagłym ataku ni to szału, ni to padaczki, porozbijali sobie łby o
kamień upamiętniający brytyjskich lotników. Dodatkowo ten, który dzieciaka uderzył, w
ciągu kilku godzin pokrył się cały ropiejącymi parchami. Gliniarze wysunęli hipotezę, że
chłopak musiał niepostrzeżenie opylić napastników jakimś wyjątkowo parszywym gazem,
pewnie kupionym na pobliskim stadionie od Ruskich  według zeznań świadków szedł za
dresiarzami, jakby czekał na ten efekt, po czym odebrał skradzioną kurtkę i dał nogę.
Zwiadkowie zresztą nie chcieli wcale pomagać w ustaleniu tożsamości małolata. Byli po jego
stronie i to, co spotkało dresiarzy, bardzo im się podobało. Podobnie jak i Bulbie, i mnie, i nie
mieliśmy cienia wątpliwości  wszystkim naszym czytelnikom.
Bulba bardzo chciał znalezć tego małolata, broń Boże nie żeby go sypnąć, tylko pogadać,
ale w tej sprawie nie mogłem mu pomóc. Co najwyżej wskazówką, że jego rodzice musieli
być raczej dziani: wyglądało mi to na klątwy silniejsze niż oferowano w promocji, i to aż
dwie naraz, biorąc pod uwagę te parchy. Zbyszek też Bulbie nie pomógł. Kiedy mojemu
redakcyjnemu kumplowi udało się dodzwonić na jego komórkę, usłyszał tylko od jakiejś
kobiety, pewnie pielęgniarki, że pan doktor absolutnie nie ma czasu na rozmowy i że to, co
się dzisiaj dzieje w warszawskim pogotowiu, to prawdziwy sądny dzień. Dokładnie takie
słowa powtórzył mi w drzwiach redakcji, kiedy wreszcie znalazłem potrzebny mi list,
strawiłem dobrą godzinę na bezowocnych próbach dodzwonienia się do jego autorki, i
ostatecznie postanowiłem pofatygować się do niej osobiście.
List, którego szukałem, przysłano mi mejlem sam nie pamiętałem ile miesięcy wcześniej.
Po każdym felietonie przychodzi takich kilkanaście, a jeśli napisze się coś złego o kotach albo [ Pobierz całość w formacie PDF ]

  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • mew.pev.pl